Strona:PL Karol Dickens - Opowieść o dwóch miastach Tom II.djvu/130

Ta strona została skorygowana.

„Ależ dlaczego w takim razie“, powiedział pan Lorry chwytając niecierpliwą, ale mocną dłoń Cartona, „dlaczego wszystko ma polegać na starym człowieku? Przecież będę miał do pomocy młodego?“
„Będziesz go pan miał — z pomocą Bożą! Niech mi pan obieca uroczyście, że nic nie zmusi pana do zmienienia planu, który umówiliśmy i ułożyliśmy obaj?“
„Nic, Cartonie!“
„Pamiętaj pan te słowa jutro: zmienicie cośkolwiek lub odłożycie dla jakichkolwiek powodów — a nietylko nie uratujecie żadnego życia, ale wiele żywotów będzie musiało być poświęconych!“
„Będę pamiętał. Mam nadzieję, że rzetelnie spełnię swoją powinność“.
„A ja mam nadzieję, że spełnię swoje. A teraz, żegnam pana!“
Chociaż powiedział te słowa bardzo poważnie i chociaż przyłożył rękę staruszka do warg, nie rozstał się z nim wtedy. Pomógł mu postawić na nogi drżącą postać, kiwającą się przed umierającym płomieniem, pomógł włożyć jej kapelusz i surdut, i zmusił do pójścia obietnicą, że idą szukać warsztatu, o który nieszczęśliwy wciąż się dopominał. Szedł po drugiej stronie doktora i odprowadził go aż na dziedziniec domu, w którym zbolałe serce — tak szczęśliwe w owych czasach, gdy otwierał przed niem własne swoje serce — czuwało w ową straszną noc. Wszedł na dziedziniec i pozostał tam kilka chwil sam, patrząc w oświetlone okna jej pokoju. Zanim wyszedł, z ust jego wyrwało się błogosławieństwo i ciche: „Żegnaj!“


Rozdział trzynasty.
Pięćdziesiąt dwa.

W ciemnem więzieniu Conciergerie oczekiwali swego losu skazańcy, na których dnia tego wydano wyrok. Było ich tylu, co tygodni w roku. Pięćdziesięciu dwóch miał następnego popołudnia porwać nurt miasta ku bezkresnemu, wiecznemu morzu. Nim jeszcze opróżniono ich cele — nowi czekają już na wolne miejsca. Nim krew ich zmiesza się z krwią przelaną wczoraj, przygotowują już krew, która jutro zmiesza się z ich krwią.
Dwie dwudziestki i jeden tuzin odliczono. Od siedemdziesięcioletniego poborcy począwszy, który za wszystkie swe bogactwa nie mógł kupić sobie życia, a kończąc na dwudziestoletniej szwaczce, której nie uratowała jej nędza i ciemnota. Jak fizyczne choroby, wynikające z zaniedbania człowieka i jego występków, szukają sobie ofiar na wszystkich szczeblach, tak straszliwa moralna rozpusta, zrodzona z niewymownych cierpień, z nieznośnego ucisku i obojętności serca, uderzała we wszystko, bez różnicy.