Strona:PL Karol Dickens - Opowieść o dwóch miastach Tom II.djvu/136

Ta strona została skorygowana.

ruchomo leżącym na podłodze, i chowając na jego piersiach napisany list. „Dużo ryzykujesz?“
„Panie Carton“, powiedział szpieg ze zmieszaniem strzelając w palce. „Ja nic nie ryzykuję w tej całej historji, jeżeli pan wiernie dotrzyma swego przyrzeczenia“.
„Możesz być spokojny. Będę wierny do śmierci!“
„I musi pan być wierny, panie Carton, jeżeli liczba pięćdziesiąt dwa ma być dotrzymana. Kiedy się pan ubrał w te suknie, już się nie boję“.
„Nie masz się czego bać! Niedługo będę daleko, gdzie już nie będę mógł cię niepokoić, a oni wszyscy będą, dzięki Bogu, daleko stąd! A teraz postaraj się o pomoc i odnieś mię do karety!“
„Pana?“ nerwowo zapytał szpieg.
„Jego, człowieku, z którym się zamieniłem! Wyjdziecie furtką, którą wprowadziłeś mnie?“
„Naturalnie!“
„Byłem słaby, mdlałem kiedyś mię wprowadzał... a teraz jestem jeszcze słabszy i zupełnie straciłem siły, gdy miałeś mię wyprowadzić. Pożegnanie tak mię wzruszyło! Takie rzeczy zdarzały się tu chyba często, zbyt często nawet! Życie twoje jest w twoich własnych rękach! Śpiesz się! Wołaj pomocników!“
„Przysięga pan, że mię nie zdradzi?“ zapytał drżąc szpieg, oglądając się po raz ostatni.
„Człowieku, człowieku!“ zawołał Carton, tupiąc nogą. „Czyż nie przysiągłem uroczyście, iż spełnię co mówiłem, że tracisz teraz drogi czas? Odnieś go sam na dziedziniec domu, który znasz, ułóż go sam w karecie, pokaż go sam panu Lorry, powiedz sam panu Lorry, by nie dawał mu żadnych środków — świeże powietrze wystarczy — by pamiętał, co mu powiedziałem zeszłej nocy, by natychmiast ruszali w drogę!“
Szpieg wyszedł, a Carton usiadł przy stole i oparł głowę na obu rękach. Szpieg wrócił z dwoma ludźmi.
„Jakże to?“ zapytał jeden z nich, patrząc na nieruchomą postać. „Tak się wzruszył, że jego przyjaciel wygrał na loterii świętą Gilotynę?“
„Dobry patrjota“ powiedział drugi, „zmartwiłby się, gdyby arystokrata wyciągnął był białą kartkę“.
Podnieśli nieprzytomnego Karola, położyli go na nosze, które zostawili przed drzwiami, i nachylili się, by je podnieść.
„Czasu niedużo, Evrémonde“, powiedział szpieg, ostrzegawczym tonem.
„Wiem“, odpowiedział Carton. „Proszę was, zaopiekujcie się moim przyjacielem. Żegnam was!“
„Chodźcie dzieci“, powiedział Barsad. „Zostawmy go i chodźmy!“