Strona:PL Karol Dickens - Opowieść wigilijna.djvu/100

Ta strona została uwierzytelniona.

mu się. Nowa przyjemność. Zegar wybił dziewiątą — niema Boba; kwadrans na dziesiątą — niema. Wreszcie nadszedł — spóźnił się siedemnaście minut. Scrooge przeglądał nibyto książki. — Bob pocichuteńku otworzył drzwi, zdjął w sieni kapelusz i szalik, wsunął się jak piskorz, zasiadł na krześle w swoim pokoiku i zaczął pilnie pisać, chcąc wynagrodzić czas stracony.
— Hej! — zawołał Scrooge, udając dawny swój głos — co to ma znaczyć. Po wczorajszem próżniactwie tak późno przychodzić, a to co za porządek?
— Przepraszam pana, bardzo przepraszam, spóźniłem się cokolwiek.
— Cokolwiek — półosiemnastej minuty! Proszę bliżej!
— To tylko raz do roku — mówił Bob z pokorą — raz jeden, to mi się nigdy nie przytrafi; zabawiłem się wczoraj z dziećmi i tak mi czas uciekł, że.....
— Nie — tak być dalej nie może — przerwał mu Scrooge. — Dość tego! — zeskoczył z krzesła, porwał Boba wpół i zawołał: — Tak być nie może. Dlatego... podwajam ci pensję.
Bob zadrżał, wpadł do swej celki, schwytał żelazną linję, gotów do obrony, chciał wołać — ratunku! pomocy! trzymajcie warjata!
— Tak, Robercie — mówił poważnie Scrooge — przedewszystkiem życzę ci wesołych świąt — i tu poklepał go po ramieniu. — Mój poczciwy towarzyszu, nigdym ci ich nie życzył. Przyznaję, żem się nie obchodził z tobą jak wypada. Podwajam ci pensję — chcę przyjść w pomoc twej pracowitej ro-