Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom I.djvu/060

Ta strona została uwierzytelniona.

— Dla młodego człowieka, o którym pan mówił... który ukrył się razem z panem.
— O... o! — krzyknął z czemś w rodzaju tłumionego śmiechu. — Jemu? Tak, tak! On obejdzie się i bez jedzenia; niczego nie potrzebuje.
— Zdawało mi się, że głodny — odrzekłem.
Przestał jeść i spojrzał na mnie z największem zdziwieniem, a zarazem z niedowierzaniem.
— Wydawało ci się? Kiedy?
— Teraz właśnie.
— Gdzie?
— Ot tam! — rzekłem. — Siedział i spał, a ja myślałem, że to pan.
Schwycił mnie za kurtkę i tak spojrzał na mnie, że przestraszyłem się, czy nie wróciła mu poprzednia chęć poderżnięcia mi gardła.
— Był ubrany tak, jak pan, tylko z kapeluszem na głowie — mówiłem, drżąc ze strachu — i... i... — chciałem delikatnie to wyrazić — i miał te same powody życzyć sobie pilnika. Słyszał pan dziś w nocy wystrzał?
— Tak, prawda, — rzekł do siebie — zdaje się strzelali.
— Dziwne, że nie jest pan pewien tego — odpowiedziałem. — Myśmy słyszeli w domu...