Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom I.djvu/190

Ta strona została skorygowana.

— Niech przyjdzie.
— Kiedy ma przyjść, proszę pani?
— Tak, tak! Nic nie wiem o czasie. Niech przyjdzie prędko i razem z tobą.
Gdy wróciłem wieczorem do domu i opowiedziałem to Józefowi, siostra rozzłościła się tak, jak nigdy. Spytała mię i Józefa, czy nie myślimy czasem, że ona jest słomianką pod nasze nogi, jak my śmiemy się z nią tak obchodzić i dlaczego, na Boga, uważamy ją za niegodną swego towarzystwa? Kiedy wylała cały potok przezwisk i obelg, rzuciła lichtarzem w Józefa, zaniosła się głośnem łkaniem, połamała nową szczotkę (zły znak), włożyła fartuch i gwałtownie zajęła się sprzątaniem. Nie zadowalając się jednak czyszczeniem na sucho, wzięła wiadro i szmatę do podłóg i wyrzuciła nas za drzwi, gdzieśmy długo stali, drżąc z zimna. Dopiero o dziesiątej odważyliśmy się wrócić do kuchni. Siostra zaraz spytała Józefa, dlaczego odrazu nie ożenił się z murzyńską niewolnicą? Biedny Józef nic na to nie odpowiedział; rozczesywał swe bokobrody, smutno spoglądając na mnie, jakby myślał, że to byłoby poniekąd lepsze, niż małżeństwo z nią.