Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom I.djvu/355

Ta strona została skorygowana.

— wykonał przy tem jeszcze parę nizkich ukłonów. — Lubisz to, nieprawdaż? Jeśliś pan się nie utrudził, panie Pip... wiem, że to męczy nieznajomych... niech mu pan jeszcze raz kiwnie. Nie może pan sobie wyobrazić, jak mu się to podoba.
Parę razy jeszcze ukłoniłem się i to wprawiło starca w doskonały humor. Pozostawiliśmy go, gdy się zabierał do karmienia kur a sami poszliśmy do altanki i zasiedli przy ponczu. Tu Uemnik opowiedział, ile to lat nieustannej pracy kosztowało go przyprowadzenie swego domku do obecnego wspaniałego stanu.
— To pańska własność, panie Uemnik?
— O tak! Od czasu do czasu dokupywałem po małym kawałku. Tak, to wynik mego wyłącznie trudu, mogę przysiądz na św. Jerzego!
— W rzeczy samej? Spodziewam się, że i panu Dżaggersowi podoba się pański dworek?
— Nigdy ani domku ani starca nie widział i nigdy o nich nie słyszał. Nie! Biuro swoją drogą, a prywatne życie swoją. Gdy idę do biura, mój zameczek pozostaje z tyłu a kiedy do zameczku, biuro zostaje poza mną. Jeśli nie byłoby to zbyt przykre dla pana, bardzoby pan mnie zobowiązał, jeśliby pan też tak postąpił. Ja, że tak powiem, rozdwajam się i inaczej zachowuję się w domu, inaczej w biurze.
Od razu poczułem, że powinienem święcie