Strona:PL Karol May - Klasztor Della Barbara.djvu/79

Ta strona została uwierzytelniona.


inaczej. Nie ma pan wcale oczu wieśniaka, czy hodowcy bydła.
— Jakież mam oczy? — zapytał Landola, rozbawiony znajomością ludzi, okazaną przez starca.
— Ma pan spojrzenie niezwykle przenikliwe. Oczy takie miewają strzelcy prerji i marynarze. Przysiągłbym, że jest pan marynarzem.
— Mylisz się sennor gruntownie.
— Zobaczymy. Powiedział pan ponadto, że pochodzi z okolicy Parsedillo. Przypadkowo znam to miasto i jego okolicę. Niema tam hacjendera imieniem Bartholomeo Diaz. Hacjenda pana leży zapewne gdzie indziej. Może na odludnej wyspie pośród Oceanu Spokojnego?
Ton, w jakim starzec wypowiedział ostatnie słowa, zastanowił Landolę. Rzekł po chwili:
— Co chce pan przez to powiedzieć?
— Chcę powiedzieć, że sennora poznałem. Pan jesteś Henrico Landola, tamten zaś nazywa się Gasparino Cortejo.
Słowa powyższe wywarły na przybyłych niesłychane wrażenie. Czy ten starzec jest jasnowidzący? A może to szubrawiec i oszust, który ich kiedyś poznał, a teraz chce tę znajomość wykorzystać? W obydwu wypadkach sytuacja nie była przyjemna. Postanowili przeczyć.
— Nie, to nieprawda, — rzekł Cortejo.
— To fałsz — dodał Landola.
Lekarz potrząsnął poważnie głową.
— Nie wyobrażajcie sobie, sennores, że się wam

77