Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/105

Ta strona została uwierzytelniona.
—   353   —

— A więc brat mój nie pojąłby nigdy Indyanki taką, jak jest, za żonę?
— Nie.
— A czy to bardzo trudno zostać chrześcijanką?
— Wcale nie.
— Czy taka skwaw może jeszcze czcić swego ojca, niechrześcijanina?
— Tak. Nasza religia wymaga od każdego dziecka czci i uszanowania dla rodziców.
— Jaką skwaw wolałby brat mój, czerwoną, czy białą?
Czy miałem się przyznać, że białą? Nie, gdyż to byłoby go obraziło, dlatego odpowiedziałem:
— To się nie da ogólnie powiedzieć. To zależy od głosu serca, którego się słucha bez względu na barwę ukochanej. W obliczu Wielkiego Ducha wszyscy są sobie równi, a ci, którzy sobie odpowiadają i są dla siebie przeznaczeni, sami zawsze się znajdą.
— Howgh! Oni się znajdą, jeśli się dla siebie nadają. Brat mój powiedział, jak zawsze, słusznie i dobrze.
Na tem wyczerpaliśmy ten temat podług mej myśli, jak mi się zdawało. Z zupełnie jasnym zamiarem położyłem nacisk na to, że Indyanka musi się nawrócić na wiarę chrześcijańską, chcąc zostać żoną białego. Życzyłem Nszo-czi najlepszego i najszlachetniejszego wojownika lub wodza, ja jednak nie przybyłem na dziki Zachód po czerwoną skwaw. Nie myślałem nawet dotąd o białej. Plan mego życia wykluczał, jak sobie wtedy wyobrażałem, wogóle małżeństwo.
O skutku mej rozmowy z Inczu-czuną dowiedziałem się nazajutrz. Sprowadził mnie on na pierwsze piętro, gdzie jeszcze do tego czasu nie byłem. Tam znajdowały się w osobnem pudle nasze narzędzia miernicze.
— Przypatrz się tym rzeczom, czy której nie brakuje! — wezwał mnie.
Przekonałem się, że było wszystko, że niczego nie uszkodzono z wyjątkiem kilku zagięć, które sam łatwo mogłem naprawić.
— Te rzeczy były dla nas lekiem, — powiedział —