Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/211

Ta strona została uwierzytelniona.
—   457   —

— Mój brat Old Shatterhand uważał w tym wypadku za najlepsze opuścić swe stanowisko?
— Tak. Pozostawały jeszcze, co prawda, dwa sposoby działania, ale ani jeden, ani drugi nie doprowadziłyby były do celu tak pewnie, jak tego nasze położenie wymagało.
— Jakież to sposoby?
— Najpierw mogliśmy się cofnąć tylko kawałek i zaczekać tam do ranka, zamiast przyjść aż tutaj.
— Bylibyście fałszywie postąpili, gdyż rano bylibyście mieli przeciwko sobie pięćdziesięciu wrogów, a nasz plan byłby i tak udaremniony. A drugi sposób?
— Mogliśmy pozostać na stanowisku. Nawet, kiedy mi to na myśl wpadło, przyszła mi ochota to wykonać. Santer miał do nas przyprowadzić Keiowehów, byłby więc skradał się pierwszy i przybył do nas przed wszystkimi. Uważając bardzo pilnie, byłbym go posłyszał, potem pięścią ogłuszył i zabrał się stamtąd z nim razem.
— Mój brat jest śmiałym wojownikiem, ale takie zuchwalstwo mogłoby się dla niego stać zgubnem. Z Santerem na rękach nie potrafiłbyś się zbyt prędko poruszać, a wtedy pokonanoby cię i ubito.
— Tego się też spodziewałem, a przy tem nie posiadałem pewności, czy Santer istotnie pójdzie naprzód. Mógł Keiowehom tylko z pewnej odległości wskazać, gdzie nas szukać, i pozostawić im wykonanie napadu. Dla tego pomyślałem sobie, że najlepiej zrobię, jeśli udam się do ciebie.
— Postąpiłeś bardzo słusznie. Mój brat działa zawsze tak, jakbym ja działał, gdybym się znalazł na jego miejscu.
— Powiedziałem też sobie, że trzeba pójść do ciebie, by się porozumieć, co dalej czynić należy.
— Co czynić! Jak myśli mój brat, Old Shatterhand?
— Tu nie można nic postanowić, zanim się nie dowiemy, co przedsięwzięli Keiowehowie, zauważywszy, że nas już niema.