Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/222

Ta strona została uwierzytelniona.
—   468   —

łana tym powodem, że Tangua jest poprostu wściekły na wszystko, co nie jest Keiowehom.
— Dlaczego?
— Porobił w ostatnich czasach straszne doświadczenia. Apacze wpadli na jego terytorum i zabrali mu kilkaset koni. Ścigał ich oczywiście, ale został pobity, ponieważ ci mieli trzy do cztery razy więcej wojowników. Byłoby do tego nie doszło, mimo ich przemocy, gdyby nie towarzystwo kilku białych westmanów, którzy pomagali Apaczom. Jeden z tych ludzi wystrzałem spowodował kalectwo Tanguy. Nazywa się Old Shatterhand i najsilniejszego człowieka powala pięścią na ziemię. Ale nie wyjdzie mu te na dobre.
— Nie? Czy czerwoni zamierzają się zemścić?
— Naturalnie. Tangui przestrzelono oba kolana, co dla wodza jest okropnością! On pieni się z wściekłości i nie spocznie, dopóki tego Old Shatterhanda i Winnetou nie dostanie w swe ręce.
— Winnetou? Kto to?
— Młody wódz Apaczów, który z małą gromadką wojowników obozował o dwa dni drogi stąd. Biali są z nim, a oddział Keiowehów wyruszył naprzeciw, żeby zwabić ich do wsi.
— Czy ci biali i Apacze będą na tyle głupi, żeby pójść w pułapkę?
— Prawdopodobnie. Tangua jest tego pewien i kazał obsadzić drogę, którą będą musieli nadejść. Są bezwarunkowo zgubieni. Mnie to oczywiście nic nie obchodzi, ale ponieważ tam są biali, przeto zabrałem się stamtąd czemprędzej. Byłbym jeszcze kilka dni u Tanguy zabawił, ale przypatrywać się męczeniu białych na śmierć, to nie w moim smaku.
— A gdybyście byli spróbowali im dopomóc?
— Mimo nalepszych chęci byłbym nic nie wskórał. Po co mam zresztą do ognia wpychać zdrowe ręce, których mi tak potrzeba, i opalać je sobie? Jestem, żeby tak rzec, przyjacielem handlowym Keiowehów i ani mi się śni szkodzić sobie ujmowaniem się za ich wrogami.