Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/133

Ta strona została uwierzytelniona.
—   381   —

o łaskę i miłosierdzie dla morderców swojego narodu i swoich braci.
Przycisnął mnie do siebie i zamilkł. Byłem głąboko wzruszony, gdyż i mnie jakiś głos mówił, że jego instynkt go nie zwodzi, że może tym razem prawdziwem jest jego przeczucie. Mimoto starałem się inaczej wyjaśnić powody jego obecnego stanu:
— Mój brat Winnetou uważa się za silniejszego, aniżeli jest. Jest najdzielniejszym wojownikiem swojego szczepu, ale przecież tylko człowiekiem. Nie widziałem, by kiedy osłabł, ale dziś jest znużony, gdyż zbyt wiele natężaliśmy się w ubiegłych dniach i nocach. To przygniata duszę i osłabia wiarę w samego siebie, powstają posępne myśli, które znikną, skoro tylko ustąpi znużenie. Niech mój brat spocznie! Niech położy się obok tych, którzy pozostaną pod górą!
On zaś potrząsnął zwolna głową i odrzekł:
— Tego brat Szarlih nie mówi poważnie.
— O i owszem! Widziałem jaskinię i zmierzyłem ją okiem dokładnie. Wystarczy, gdy sam poprowadzę naszych ludzi.
— A ja nie mam być przytem? — zapytał, a oczy jego nagle nabrały blasku.
— Zrobiłeś dość, teraz powinieneś wypocząć.
— A ty nie zdziałałeś jeszcze więcej, o wiele więcej, aniżeli ja i inni? Nie zostanę!
— Nawet, gdy cię o to poproszę, zażądam tego jako ofiary na rzecz naszej przyjaźni?
— I wtedy nie! Czy ma potem kto zarzucić mnie, że Winnetou, wódz Apaczów, obawiał się śmierci?
— Nikt nie poważy się tego powiedzieć!
— Jeśliby nawet wszyscy zamilkli i nie policzyli mi tego jako tchórzostwa, zostałby przecież jeden, którego wyrzut okryłby mnie rumieńcem.
— Któż taki?
— Ja, ja sam! Temu Winnetou, któryby spoczywał, kiedyby jego brat Szarlih walczył z pogardą śmierci, krzyczałbym nieustannie w uszy, że przystał do tchórzów