Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/160

Ta strona została uwierzytelniona.
—   408   —

wypadku, gdyż mr. Santer jest gentlemanem w całem tego słowa znaczeniu.
— Cieszyłbym się, gdybyście się nie mylili!
— Założę się z wami, o co chcecie, mr. Jones! Przypatrzcie się tylko mr. Santerowi, a oko powie wam zaraz, że on zasługuje na zaufanie.
— Well! Jestem bardzo rozciekawiony na chwilę, w której go ujrzę.
— Jesteście tak pełni wątpliwości i podejrzeń, jak kałuża ropuch i głowaczy. Jeśli sądzicie, że grozi wam niebezpieczeństwo, to łatwo możecie go uniknąć.
— Jeśli nie pojadę do Mugworthills?
— Tak. Wszak wolno wam się nie przyłączyć. Nie wiem wogóle, czy mr. Santerowi będzie to miłem, że was zabierzemy. Myślałem, że zrobię wam przysługę.
Powiedział to niemal odpychającym tonem, rozdrażniony tem, że nie wierzyłem mu co do osoby Santera. Ja zaś odparłem mu na to:
— Ja też uważam to za przysługę i dziękuję wam za nią.
— Okażcie więc swoją wdzięczność w inny sposób, a nie przez oczernianie gentlemana, którego nie widzieliście jeszcze wcale! Nie sprzeczajmy się dłużej, lecz zostawmy te rzeczy samym sobie!
Na tem zakończyliśmy ten temat i mówiliśmy o czem innem, przyczem udało mi się rozprószyć złe wrażenie, które sprawiła moja nieufność.
Jakżeż łatwo byliby mi przyznali słuszność, gdybym był mógł powiedzieć im, kim jestem. Byli to niedoświadczeni i łatwowierni ludzie. Obawiałem się, że gdybym im zupełnie zaufał, byliby mi raczej zaszkodzili, aniżeli przydali się na coś.
Później udaliśmy się na spoczynek. Wprawdzie miejsce, na którem znajdowaliśmy się, uważałem za bezpieczne, mimoto przeszukałem starannie całe otoczenie, a nie znalazłszy nic podejrzanego, zaniechałem zarządzenia kolejnego czuwania. Oni zaś byli tacy naiwni, że wcale o potrzebie straży nie pomyśleli.