Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu T.3.djvu/131

Ta strona została skorygowana.

Naówczas legł on na głazie, twarzą ku niemu i całować go począł i rękoma obejmować, ogarniać. Łzy, jako groch, poczęły mu padać z pod powiek na ten głaz twardy i od wieków nieruchomo tam spoczywający, gdy się przed wiekami u wierchu urwał. Zapamiętał się Maciek zupełnie. Dwadzieścia lat tęsknoty i żalu przywarło go do tego głazu.
To wszystko jest na nowo, na nowo, na nowo!... I nigdy nie było dwudziestu lat tęsknoty, choroby, niewoli... Nigdy Maciek Scyrbularz nie był nazywany „dziadem“, nigdy nie przestał owiec paść, po upłazach chodzić... Nigdy nie siedział w chałupie, we wsi, w dolinie, kiedy inni wyganiali z wiosną, nigdy się nie żalił nad sobą, nie płakał, nie narzekał w duszy strapionej i smutnej... Nigdy mu u nóg nie leżał Śpiewak, tak samo niemocny, tak samo niedołężny, jak on... To wszystko było tylko straszne, bolesne, ciężkie śnisko...
A potem się odwrócił twarzą ku niebu i rozpostarł szeroko ramiona...
Ponad nim skały ogromne, białe od śniegów i czarne, gdzie śniegi spłynęły — i niebo, niebieskie, złotobłękitne, pełne blasku i białych, lotnych pierzastych obłoków, chmurek i mgieł...
Cud Pana Boga...