Strona:PL Kraszewski - Ładny chłopiec.djvu/401

Ta strona została uwierzytelniona.
—   189   —

W tém szczęśliwém złudzeniu zostawił go doktor, jedną tylko czyniąc uwagę, aby się starał poznać to co już było odkryte, by powtórnie zdobytych już rzeczy nie dobijać się mozolnie.
— To się rozumie! — rzekł Bolesław. I wziął się z zapadem do dzieł których mu doktor dostarczył. Widać było jak pragnął mocno stanąć obok tych wielkich mężów, co naukę zbogacili spostrzeżeniami nowemi i otwarli jéj drogi nieznane.
Zdawało się doktorowi Bazylemu, że już by szpital mógł opuścić chory i zająć pokoik na drugiém piętrze, w tym domu, w którym on mieszkał. Tam i o książki było łatwiéj i z wielu względów wygodniéj. Wahał się jednak, gdy raz sam pan Bolesław, zaręczając mu za siebie, zażądał wypisania ze szpitalu. Tegoż wieczoru przeniesiono go na drugie piętro domu, którego całe pierwsze doktor zajmował. Oprócz Bolesława mieścił się tam właściciel domu z rodziną, człowiek dobry, łagodny, spokojny, mający tą wadę tylko, że nigdy nic nie robił i jako rentier, używał swojego dochodziku w błogim spoczynku. Syn, córka, żona składali rodzinę państwa Skwojszów. Doktor uprzedził ich zawczasu, że wprowadza obok nich na piętro przyjaciela swego, człowieka nieszczęśliwego, który tylko co z ciężkiéj powstał choroby i potrzebuje ciszy i spoczynku.
Poczciwi państwo Skwojszowie przyrzekli, iż troskliwie dopilnują, aby mu tam dobrze było.
Bolesław wracając do miasta doznał wstrząśnienia wielkiego, wywołanego wspomnieniami prze-