Strona:PL Kraszewski - Starościna Bełzka.djvu/250

Ta strona została przepisana.


człowieka, który go podobno nie miał, odbył się z największym przepychem.
Komorowscy postrzegli łatwo z pierwszych kroków tutaj, że w Galicyi nikogo prawie za sobą nie mieli, w Warszawie zaś kanclerza i całą partyę królewską, wszystko co stało przeciwko Potockim — familię jedném słowem. Ci chodzili za nimi i pomagali gorliwie, a co było znaczniejszego we Lwowie, nie kryjąc się, trzymało stronę Potockich, rozgałęzione mających tu związki i wpływy.
D. 31. stycznia, sprawa szła daléj powoli, i niby czyniono nadzieję jakichś układów. Starosta bełzki osobno przez przyjaciół pytany, a Komorowski osobno także, zgadzali się oba na jedno, że nie wiedzą o losie starościny. Szczęsny w dodatku, nie wiem, chyba dla przeciągnięcia sprawy, miał się wyrazić, że dopóki pewniejszéj nie zasięgnie wiadomości, żadnéj stanowczéj nie da rezolucji i nic postanowić nie może. Był to wybieg doradzony niezręcznie dla zyskania na czasie.
Tymczasem jako jednego z najbogatszych paniczów w Polsce, Szczęsnego otaczali już liczni „przyjaciele“ i „wielbiciele,“ a wszyscy znajomi i skolligaceni ciągnęli ku sobie. Wiedziano, że mu pozostało po ojcu siedmdziesiąt tysięcy dukatów kapitału, kilkakroć sto tysięcy gotowizny w brzęczącéj monecie, trzy miliony intraty, która prawie we dwójnasób powiększona być mogła dobrym dóbr zarządem, a na to dziesięć milionów długów, z których zaraz po śmierci cześć spłacono.
A choć wojewoda do wyznaczonych wprzódy posagów córkom dołożył testamentem po trzykroć sto tysięcy, i tém jeszcze siostry nie zdawały się konten-