Strona:PL Kraszewski - Szaławiła.djvu/298

Ta strona została uwierzytelniona.

łądek zmusił go do rezydencyi na bogatym dworze, bo lada czym głodu niemógł zaspokoić. — O zakład zjadał dwie pieczenie cielęce, wazę barszczu i misę bigosu na jedno danie... Indyk stary postawiony przed nim znikł w pół godziny tak że oprócz świecących kostek, ogryzionych con amore, nic z niego nie pozostawało. Chleba inaczej jak pół bochenka nie dawano mu do stołu. Pił jak piasek suchy... co napadł, nie doznając żadnych złych skutków — wody tylko znieść nie mógł, znajdując ją mdłą i dla gęsi stworzoną. Piwo, wódka, wino, miód wszystko mu było jedno byle w dobrym towarzystwie. Sam na sam nie lubił pić.
Zawołano pisarza, który już pono był na pół rozebrany, ale gdy chłopak do niego przybiegł w mig się odział i poskoczył.
— Mój dobrodzieju, Chorążycu... staję na usługi, co każecie? zawołał z progu.
— Selce, dusko... kładnąc mu ręce na ramieniu odezwał się Chorążyc, ty wis ze ja ciebie, dusko, kocham... Jus ja tobie dam konika z zędem... zlób mi laskę.
— Panie — co rozkażesz... cały na usługi.
— Tak — ale sa! sa! palec na ustach kładnąc — rzekł Chorążyc — bo to delikatna materya... o! delikatna...