Strona:PL Leblanc - Zwierzenia Arsena Lupina.djvu/144

Ta strona została przepisana.

przy wchodzeniu jak i przy wychodzeniu każdego z zaproszonych gości. Otóż weszło sześćdziesiąt trzy osoby zaproszone i — dokładnie tyleż i wyszło. Zatem...
— Zatem ktoś ze służby?
— Wykluczone.
— Któryś z detektywów?
— Stanowczo nie.
— Ale ostatecznie — mówił p. Dudouis zniecierpliwiony, — jeżeli kradzież popełniono nie z zewnątrz...
— To pewnik, — nad którym niema co dyskutować. Doszedłem do tego wyniku po długich, skrupulatnych dochodzeniach. A byłem o tem tak święcie przekonany, że ostatecznie doszedłem w mych rozumowaniach do takiego zdumiewającego aksiomatu:
„I teoretycznie i praktycznie biorąc, kradzież nie mogła być popełnioną inaczej, jak z pomocą wspólnika, znajdującego się w samym pałacu. A owego wspólnika niema!“
— To absurd zatem.
— Absurd, przyznaję. Ale w chwili, gdy sformułowałem ów absurd, coś mi zaczęło nagle świtać w głowie.
— Jakto?
— Niepewne, — dalekie światełko, które jednak miało mi wskazać ostatecznie drogę do celu, — do odkrycia prawdy. Rozumie mnie pan teraz, panie szefie?
P. Dudouis milczał. Znać było, że usiłuje pochwycić wątek tego zagadnienia, że i w jego umyśle zaczyna się coś zwolna rozjaśniać:
— Skoro, według pana, nie wchodzi tu w rachubę ani służba, ani detektywi, ani żaden z zaproszonych gości... nie pozostaje nikt więcej...
— Owszem, panie szefie, jest ktoś jeszcze!...
P. Dudouis zadrżał. Z widocznem wzruszeniem szepnął:
— Ależ nie... to wręcz niemożliwe!
— A dlaczego?
— Zastanów się pani Czyżby?... nie, nie, to wykluczone!