Strona:PL Leblanc - Zwierzenia Arsena Lupina.djvu/38

Ta strona została przepisana.
II.
ŚLUBNA OBRĄCZKA.

Iwona d’Origny uścisnęła na odchodnem swego synka, nakazując mu, aby zachowywał się grzecznie:
— Wiesz dobrze, że babcia nie bardzo lubi małe dzieci. Skoro cię już raz zaprosiła do siebie, trzeba jej pokazać, że jesteś chłopczykiem grzecznym i dobrze wychowanym.
A zwracając się do guwernantki, dodała:
— Proszę koniecznie wrócić z nim po obiedzie!... Czy pan jest jeszcze w domu?
— Tak, proszę pani, pan hrabia jest w swoim gabinecie.
Po wyjściu obojga Iwona d’Origny podeszła spiesznie do okna; chciała zobaczyć jeszcze swego synka na ulicy. Rzeczywiście ukazał się po chwili, podniósł ku niej główkę i przesłał jej rączką całusa, jak to co dnia stale robił. Guwernantka ujęła go potem za rękę — ruchem dziwnie energicznym, jak to Iwona mogła zauważyć. Wychyliła się jeszcze bardziej z okna i kiedy dziecko dochodziło do rogu ulicy, spostrzegła, że ze stojącego opodal automobilu wyskoczył jakiś mężczyzna i podszedł spiesznie do jej synka, Człowiek ten, — w którym poznała Bernarda, zaufanego lokaja jej męża, — ujął chłopca za ramię, wpakował go do automobilu, do którego wsiadła również i guwernantka, i kazał szoferowi ruszyć.
Wszystko to nie trwało dłużej, jak dziesięć sekund.
Iwona zaintrygowana tą sceną, pobiegła spiesznie