Strona:PL Lech-Czech-Rus (Zygmunt Miłkowski, 1878).djvu/119

Ta strona została uwierzytelniona.

Dijon. W Dijon zatrzymać się musiał w hotelu i po lekarza posłał. Zdeklarowała się gorączka zapalna. Postradał przytomność i w taki wpadł stan, że lekarz o życiu jego zwątpił. Wahał się przez tydzień z górą bohater nasz pomiędzy śmiercią a życiem — i kiedy szala ostatecznie na stronę życia się przechyliła, kiedy nareszcie spojrzał przytomnie — spojrzał i ujrzał przy łóżku swojém matkę.
— O mamo moja!.. — zawołał i ręce wyciągnął.
Matka pochyliła się nad nim z uśmiechem, zalecając mu spokój.
Od chwili téj zdrowie mu powracać poczęło. Noc przespał spokojnie; nazajutrz, o tyle miał się już lepiéj że mógł rozmowę prowadzić. Nie miał nic spieszniejszego, jak zapytać matki, co ją sprowadziło.
— Telegraf... — odpowiedziała. Ta poczciwa księżna...
— Ach! mamo!.. — przerwał — nie mów o niéj... To potwór...
Pani Białoorłowicz, przez wzgląd na stan syna, milczała na razie i nie prędzéj aż w dni kilka późniéj zażądała od niego tłumaczenia z wyrazu, który wydawał się jéj niewłaściwym w odniesieniu do kobiety, co go z więzienia wyprowadziła i od Syberyi uchroniła.
Lech opowiedział wszystko.
W miarę jak on opowiadał, wyraz zgrozy rósł w oczach pani Białoorłowicz. Gdy skończył, rzekła:
— Prawda, że potwór...
— A jaki ponętny!.. — dodał Lech.
— Jak grzech śmiertelny... — odparła. Tego rodzaju istoty sama jeno chyba Moskwa wydawać może...