Strona:PL Lech-Czech-Rus (Zygmunt Miłkowski, 1878).djvu/36

Ta strona została uwierzytelniona.

— Dzień dobry, dzień dobry panu memu... Jakże się spało?...
— Nie spało mi się wcale...
— Czemu to?... wzruszenie zapewne?...
— Wyspałem się przez pół roku w więzieniu...
Wyspało się panu w więzieniu. A to doskonale!... Więzienie przeto jest lekarstwem na bezsenność...
— Jak dla kogo... dla mnie było niem.
— To rzecz osobliwa.... Świadczy to jednak, że więzienia nasze nie są takiemi, za jakie je okrzyczano...
Potrzeba zaopatrzenia się w bilety przerwała rozmowę, która się wznowiła w wagonie, a wznowiła się ze swobodą tém większą, że na znak urzędnika konduktor zamknął na klucz kompartyment, zajęty przez bohatera naszego.
— Odprowadzam pana do Wierzbołowa i tam będę miał zaszczyt pożegnać go... — zaczął urzędnik.
— Wyszłoby na jedno, gdybyś pan zaszczytu tego dostąpić zechciał bądź tu, w Petersbrrgu, bądź téż na pierwszéj stacyi... — odparł Lech.
— Eh panie... służba wolność traci... — odrzekł urzędnik z westchnieniem.
— Tracisz pan wolność z własnéj, dobréj, a nie przymuszanéj woli...
— Jak to?... — zapytał tenże z akcentem zdziwienia.
— Czy zmuszał cię kto do wstępowania w szeregi policyi?
— O panie... panie... O ile mnie wytłumaczyć, o tyle pana zrozumieć trudno, co mnie zmusiło... Jest jednakże coś zmuszającego, kiedy do szeregów policyjnych, w Szwajcaryi nawet, wstępują ludzie..
— Wstępują, w innym wszakże niż w Rosyi charakterze... w charakterze stróżów, czuwających nad bezpieczeństwem społeczeństwa...