Strona:PL Lech-Czech-Rus (Zygmunt Miłkowski, 1878).djvu/73

Ta strona została uwierzytelniona.

— Czy nie ten to, co waszéj książęcéj mości towarzyszył w Rapperschwylu?..
— Ten sam... Z niemałym trudem namówiłam go, ażeby przyjął gościnność moję... Dał się jednak namówić... Obecnie pracuję nad tém, ażeby wymódz na nim dawanie się słyszeć publicznie, na koncertach... Mam nadzieję, że pan sprzymierzysz się we względzie tym ze mną i dopomożesz mi...
— Z całą gotowością i z sił całych...
— Nie napadaj jednak na niego od razu... Kiedyś przy sposobności, dam panu znak i przypuścimy szturm z dwóch stron...
Rozmowę dalszą przerwało oznajmienie zbliżania się pory śniadaniowéj. Księżna wydaliła się z salonu. W czasie jéj nieobecności wszedł artysta — zatrzymał się na chwilkę nieopodal od progu, zmierzył Lecha spojrzeniem od stóp do głowy, skłonił się mu z daleka w milczeniu, i postąpiwszy kroków kilka, stanął w otwartych na park drzwiach, rozpatrując się w okolicy. Lech z pod oka na niego spoglądał, a spoglądał z takim akcentem, jakby dopatrzeć chciał w postaci jego owego obłąkania, o którém księżna mówiła. Artysta złożył usta jak do gwizdania i cedził przez nie strumień powietrza, który wyrażał zapewne tony jakieś, przez niego jeno samego słyszane. Lech nie myślał, ażeby to obłąkania oznaką być miało. Oznaczało to tylko, że sobie z Lechem ceremonii nie zadaje, tak samo jak z Rotszildów jeden, o którym podanie głosi, że trzyma usta do gwizdania złożone w obec koronowanych głów nawet, przychodzących czołem jego milionom uderzać. Rotszild przecie za obłąkańca nie uchodzi.
— Sam na sam Lecha z Lackim trwało nie długo. Księżna niebawem powróciła, Lechowi rękę pod ramię wsunęła i do sali jadalnéj gości swoich poprowadziła.