Strona:PL Lemański - Proza ironiczna.djvu/159

Ta strona została przepisana.


sam wymagał podtrzymania. Jakoż zajął się tem woźny Walenty.
A nas ogarniało rozdrażnienie coraz większe i lęk, żeby ta sromotna chwiejność oskarżyciela i jego z trudem powściągana czkawka nie wpłynęły źle na słuszny wymiar sprawiedliwości. Natomiast winowajca rozzuchwalającą się coraz bardziej pewność siebie zdradzał. Kiedy przewodniczący, ponownym brzękiem w kieliszek, dodzwonił się przerwania rozmów i ku zuchwalcowi się z miękką twardością zwracając, rzekł:
— Co podsądny ma na swoje usprawiedliwienie? — podsądny nietylko że nie powstał, że wyrazem skruchy albo uprzejmiejszego jakiegoś układu, jakiejś przypodobawczości miłej, jakiegoś czołobitnictwa, jakiejś gotowości ustępczej, jakiejś wreszcie drżączki oczekiwaniowej, nie starał się zjednać i przychylić ku sobie naszego sędziowskiego gremium, lecz owszem, teraz oboje rąk w pantalony wsunął, zarozumialczego śmieszku z twarzy nie zegnał i zdawało się nawet, że nic nie powie.
Ale przewodniczący otchłannem wejrzeniem wejrzał mu przez binokle do głębinowych rdzeniów duszy i rzekł:
— Cóż powiesz, Franku?
Wtedy ujrzeliśmy z rzewliwem serc roztkliwie-