Strona:PL Lemański - Proza ironiczna.djvu/285

Ta strona została przepisana.

Jak głodna kania, polatująca nad stadem kuropatw, nim na jednę najprzezorniej wyróżnioną spadnie: tak Walek, z pod daszka czapki, niebieskiem okiem rozejrzał się po wierzbach. Na jednej upatrzył sobie młody pęd o kiju gładkim a prostym, podskoczył, przyciągnął go do dołu, oderżnął przy osadzie, powiódł po nim dłonią — gładki; ściął koniec tuż przy witkach, zbadał wzdłuż pod światło — dobry. Zaczem z cieńszego końca w krąg odłupał korę, siadł, położył kij na kolanie, zrobił nacięcie wokoło grubszego końca, i obracając, ostukał korę trzonkiem kozika, leciutko, by jej nie uszkodzić. Następnie ścisnął ją dłońmi, wykręcił, naciął równo z cieńszego końca i, w skupieniu tajemniczem, zwolna wyciągnął z rurki wierzbowej długi biały pręt błyszczący nagością i miazgą. Przytknął pręt do ust — słodkie. Żal urzynać. Pobił nim o rurkę, aż wydała dźwięk, pierwszy, niemowlęcy. Urżnął. Przykrajał stempel, nagryzł go i wetknął w rurę, że tylko jego koniuszek było widać z naciętej w korze szparki.