Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/100

Ta strona została skorygowana.


przód! Raz, dwa... a cóż ty, na kołkach idziesz? A czy cię téż...
Ale chłopak, raz takt zmyliwszy, szedł jak odurzony, przebierając nogami bez składu. To zdawało mu się, że niema ani lewéj, ani prawéj nogi, to znowu, że ma ich zawiele jakoś — i ani rusz do ładu z niemi trafić nie umiał. Szerzéj więc jeszcze otworzywszy usta, stawał zapatrzony w Zapałę, a wydęta jego brzuszyna wyglądała z otworu koszuli, zapomniawszy całkiem o wojennéj karności.
Stary dąsał się, gderał przez chwilę — aż ustawiwszy dzieciaka „do frontu,” zaczynał sam maszerować przed nim na pokaz. Nie był to już jednak ów bohaterski Zapała z przed chwili. Wielkie jego stopy podnosiły się teraz nad ziemią sztywno i martwo opadały, jakoby na drewnach sękatych wprawione; nadęta wierzchnia warga komicznie jeżyła się przystrzyżonemi wysoko wąsami, a spencer jego spłowiały zwisał na zaklęsłéj piersi, którą chwytał kaszel suchy, głęboki. Wówczas zatrzymywał się stary, głowę opuszczał, dyszał chwilę, a wziąwszy chłopca za rękę, szedł z nim w milczeniu, powłócząc zmęczonemi nogami.
Dzieciak jenerałów owych złocistych, dobosza i trębaczy zapomniéć nie mógł.
Drepcząc obok Zapały, myślał, przemyśliwał, gdzieby ich dziaduś mógł widziéć? A przed nimi, jak okiem zajrzéć, rozciągały się pola ozime, mazowieckie pola, zachodzące runią zieloną, po któréj poranny tuman bił w słońcu pyłem złotym, jakoby się mietlice kurzyły. Od lasu tylko błękitność jakaś przejrzysta siała się po ziemi, jakoby kto strugę modrą w powietrzu rozdmuchał przez przetaki srebrne.