Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/101

Ta strona została skorygowana.


Chłopak wytrzeszczał oczy coraz szerzéj, nadążając krokom starego. Juści nie gdzie, jeno w tym złocistym tumanie muszą być jenerały owe i cesarz. Patrzał, patrzał, otworzywszy gębę szeroko; gdy jednak nic dojrzéć nie mógł, pociągnął za rękaw starego i odezwał się głosem cichym: — Dziadusiu!
Ale pogrążony w sobie Wojciech nie słyszał chłopięcia.
— Dziadusiu! — przemówił wtedy malec głośniéj, — ja tam tego cesarza nie widział, ani trąbów nijakich...
Uśmiechnął się stary.
— A co ty myślisz, pędraku, że lada komu będą trąby grały? Oj, nasłuchał ich ja się, nasłuchał! To mi potém przez dziesięć lat z okładem w uszach dzwoniło, że anim ludzkiego gadania, ani wiatru w polu nie słyszał, jeno to ich granie. Hej! nie słyszałem nawet, jak starość przyszła i bieda! Ludziska głupi powiadają: głuchy Zapała. Oj, nie głuchyć, nie głuchy, jeno słyszący takie rzeczy, o jakich wam się, Mazury, nie śniło! Gdzie człowiek nie był, czego nie zaznał! Szedł pan na wojnę, szedł i ja. Wojciechu, powiada, nie żal ci chaty? Juści żal, panie, powiadam. To wracaj zdrów, powiada: ja stoję przy Napolijonie. Ha! to i ja stoję. A pan na to: daj rękę, bracie; nie wrócę do dom, powiada, aż z Francuzami. I nie wrócił. To był pan!
I spuszczał stary głowę, i szedł zadumany, wzdychający, aż po chwili prostował się i mówił daléj
— Albo co! Raz, pamiętam, wali nasza wiara do szturmu. Gorącyż to był dzień! Pewno go tam Bóg Najwyższy czerwono w kalendarzu zapisać raczył! Trąby grają, jakby na skończenie świata, bęben grzmi,