Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/102

Ta strona została skorygowana.


że człowiek własnego strachu dosłyszéć nie może; gdzie spojrzysz, las nie las, sterczą bagneciska, że aż w oczy kole. My nic. Przed frontem przeleciał adjutant, błysnął szpadą, niby jasną świecą. A my, wiara, jak hukniem: Wiw limperer! tak ci tu zara one Hiszpaniska jak nie puszczą swoich fortów w taniec! Boże miłosierny! żeby się nasza ziemia trzy razy zapadła, toby takiego huku nie było. Oficery krzyczą: marsz! marsz! Idziesz, jakby ci kto za piętami gorącą smołę lał: nie wiada jeszcze, czyś z głową, czy już bez głowy. Same nogi niosą cię naprzód: prawa, lewa, prawa, lewa, marsz! A tu znów jak nie gwizdnie! Chryste Panie! Czapkę z głowy by zdmuchnęło, żeby niżéj poszło. My nic!
Trzeba było widziéć starego Zapałę, z jakim ogniem, z jaką werwą mówił te dwa słowa: my nic!
Była to cała epopeja téj mazurskiéj duszy.
— Dziadusiu — przerwał nagle Antek, oglądając się niespokojnie dokoła, — a płota to tam nie było, żeby się skryć za niego, a potém w nogi do wsi?
— Płota? — powtórzył Zapała z wzgardliwym uśmiechem, — oj, ty chłopska maniero! A hunor, a ambicya? a co powie cesarz, abo i kapitan? Dałby ja ci płot na wojnie, abo i uciekanie! Nasz kapitan powiadał, co jak ta wojna przyszła, to wszyscy królowie i wszyscy panowie posiedli, pozakładali ręce i patrzyli, jak się Polak za Francuza bije. Ot, pięknie by to było, żeby potém gadali, cośma tchórze. Nie daj Boże takiego doczekania!
— A na cóż się Francuz sam nie bił? — pytał daléj Antek.
— Co się miał sam bić? W przyjacielstwie wszyst-