Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/108

Ta strona została skorygowana.


Pobladł, postarzał, a w miesięcznych blaskach wyglądał bardziéj na widmo, niźli na człowieka.
Przy nim stał Antek, przebierając na śniegu bosemi nogami; jego cienki głosik dziecięcy mięszał się do stuku siekiery, szczebiotał coś, jak wróbel, pożerając oczyma robotę dziada.
Stary pracował z widocznym wysiłkiem. Raz po raz postawał, opuszczał siekierę, czoło z potu ocierał i dyszał ciężko. W ostatnich czasach rozniemógł się, osłabł, a choć się codzień jeszcze z tapczana zwłóczył, czuł już, jak mawiał, ordynans u proga.
Pojednał się tedy z Bogiem i z ludźmi, odczyścił swoję zieloną kurtę, wysmarował grube buty i czekał.
Największą jego jednak troską był obiecany chłopakowi cesarz. Zkąd on go weźmie? jak mu go pokaże? Do miasta nie doniosą go już stare nogi; rzecz zresztą niepewna, czy nawet na jarmarku coś podobnego by znalazł. A tu chłopiec codzień dopomina się spełnienia obietnicy. Zresztą, zasłużył. Maszeruje dzielnie, niema co!
Komendę myli co prawda miejscami, ależ to jeszcze małe, douczy się, niech jeno podrośnie. I coby to za radość była miéć pod ręką obrazek, abo co takiego, i módz powiedziéć sierocie: patrzaj, chłopak, to Napolijon! Staremu od téj myśli serce rzucało się w piersi, jakby je warem oblał. Myślał, myślał, nareszcie onego miesięcznego wieczora wziął siekierę, poostrzył i począł ociosywać ów dębczak, przed chatą leżący.
I cóż, że tego nigdy nie robił? Toć ma cesarza, jak żywego, w duszy: Na górce stoi, ręce u piersi skrzyżował i patrzy, patrzy...
Antek, któremu także cesarz z myśli nie schodził