Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/109

Ta strona została skorygowana.


zagadywał starego o to, o owo, drepcząc bosaka po śniegu, nareszcie spytał: jakieby Napolijon miał buty?
Odprostował się Zapała, o odźwierek wsparł i rzekł:
— Czekajże, chłopcze... buty to miał ogromne, z gwiazdami przy ostrogach; jak konia niemi sparł, to cała armia ostrogę poczuła w piersiach. I szła, i szła, choć na koniec świata.
— Pewnikiem siedmiomilowe — zauważył Antek dla siebie. Potém zaś dodał: — a kapotę?
— Kapotę? — powtórzył stary, — żeby tak nie skłamać, to kapota nie była cesarska, lada ordynans miał lepszą. Tylko, że jak ją Napolijon na siebie wdział, a przed frontem stanął, to ci się zdawało, żeś słońce obaczył. Oj, ginęli téż ludzie, ginęli dla téj kapoty, i nie żal było! Cesarz był mały, zwięzły, składny, a oczyma przez skórę cię brał, choć wejrzenie miał zawsze łaskawe. Pamiętam... — Tu stary umilkł, nagle za piersi się chwycił, począł kasłać ciężko, aż uspokoiwszy się, po niejakiéj chwili rzekł: — Ale ty, chłopcze, do izby ruszaj, a do spania się zbieraj... kurki zachodzą — dodał, poglądając ku gwiazdom sinym.
— A kiedyż ja, dziadusiu, cesarza obaczę? — powtarzał Antek zwykłą swoję piosenkę.
— Obaczysz, obaczysz... śpij jeno...
A kiedy chłopiec do chaty wszedł i drzwiami skrzypnął, stary ręce w górę wzniósł i mówił głośno:
— Panie Boże Wszechmogący! nie wołajże mnie ze świata, póki oto téj sierocie nie pokażę Napolijona cesarza, amen!
A gdy to mówił, taka była cisza, żeś słyszał w powietrzu lecące igiełki par mroźnych.