Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/128

Ta strona została skorygowana.


cane w górę nagłemi wybuchami południowéj krwi, szalejące, niepamiętne, straszne. Gdyby im dać na tancerzy węże, gnące się potwornie za podmuchem indyjskiéj piszczałki, byłyby to pary dantejsko dobrane.
Mężczyźni szaleli także. Kapelusze ich, opasane sznurkami monety, latały w powietrzu jak roje czarnych, błyskających złotem motyli; ręce klaskały, lub chwytały tancerkę, a gibkie nogi, rzemieniem opięte, z nieprawdopodobną szybkością gięły się i prostowały naprzemian, w takt dzikiéj muzyki, lub własnego natchnienia — dzikszego jeszcze.
Kto z koła wyszedł, padał na ziemię jak martwy. Taniec ten był pracą, upojeniem, śmiercią niemal. Jedna tylko dziewczyna nie brała w téj ochocie udziału, a obróciwszy smagłą twarzyczkę na gwiazdy, kołysała się w jaskrawéj, uwiązanéj między dwoma drzewami chuście, z któréj zwieszały się ku ziemi jéj śniade, bose nóżki. A kołysząc się tak, śpiewała jak ptak leśny, górując niekiedy przenikliwym głosem nad całą tą orgią piekielną. Była to Ginta, balerina bandy, która nie tańcowała nigdy inaczéj jak za pieniądze, na jarmarku, w rynku. Wprost niéj, nieopodal ogniska, leżał Jur Chmiel, szeroko rozwalony, w baranim kożuchu i juchtowych butach, które mu okrywały nogi, grube jak dębowe kłody. Leżąc, na łokciu się wsparł, w smolny ogień patrzał, fajkę kurzył za fajką, rozmyślał i spluwał. Był to chłop tęgiéj postawy, idący ze starowierów, król okolicznych band cygańskich, prowodyr przemytniczych szajek i złodziei końskich, ze spraw swoich głośny od Połągi aż ku pruskiéj granicy. Siwiejącą już brodę przystrzygał; głos