Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/134

Ta strona została skorygowana.


Nagle, od strony gościńca rozległo się echo dalekiego strzału. Daleki był, bardzo daleki, a przecież dosłyszeli go wszyscy. Nawet Ginta zatrzymała się w szalonym biegu i szybko skoczyła na trawę. Jeden z cyganów przypadł ku ziemi, ucho do niéj przyłożył i słuchał.
— Od Girnik, z téj strony góry — rzekł. Słuchał znów chwilkę. — Na koniach — dodał.
Zmarszczył się Jur Chmiel i zamyślił nieco, poczém wydał szybkie rozkazy. Wnet tabor w las spędzono, brykę zatoczono w zarośla, rozrzucone ognisko przyduszono ziemią, nabito pistolety i gotowano się do obrony na wszelki przypadek. Jakoż dał się wkrótce słyszéć tętent galopującego co pary jeźdźca, a w chwilkę potém blady, zakurzony, bez czapki, z roztarganą na piersiach koszulą i jakimś dzikim ogniem w czarnych oczach, ukazał się... Julek Rożnowski. Pod nim biały od piany, przedziwnego składu koń, który, nagle uzdą targnięty, w ziemię się wparł szeroko, chwytając powietrze krwawemi chrapami. Chłopak zeskoczył, oczyma szukając Chmiela. Ręce mu czegoś drżały, uśmiechał się i zagryzał wargi. Na delikatne jego, wpół dziecinne skronie wystąpiły dwie drobne, czerwonawe plamy. Biesiadnicy przypatrywali się ciekawie to wierzchowcowi, to pięknemu chłopcu, a najciekawiéj wodziła za nim oczyma Ginta, stojąca w koszuli swojéj u przygasłego ogniska.
Chmiel téż rad był wielce; konia kazał trawą wytrzéć i zwolna wodzić przed sobą, chłopca po ramieniu klepał i czekał, aż tchu chwyci, a zacznie opowieść swoję. Tymczasem znowu padł strzał; tym razem bliżéj nieco...