Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/136

Ta strona została skorygowana.


dano strzał po strzale, razem prawie. Widocznie nawoływano się w puszczy. Cyganie spojrzeli po sobie...
— Cóż to!... — krzyknął zapalczywie Chmiel. — Chcą nas tu wziąć obławą, jak wilków? Hola! dorzucić ognia! Poświecim ichmościom.
I już się sam po drwa schylał, kiedy nagle, oślepiając mu oczy kłębem dymu, zerwał się świszczący, przeraźliwy wicher, od którego puszcza zatrzeszczała w sobie, jakby w korzeniach ruszona. Grzmot się ozwał daleki, przeciągły zrazu, potém coraz bliższy, coraz gwałtowniejszy, krótszy...
Powietrze ściemniało jak smoła, a taki huk i szum począł borem iść, jakby się świat walił. Gięły się stare dęby, skrzypiąc przeraźliwie, garście liści i piasku w powietrzu się kręciły tumanem, a trzaskawica rosła z niesłychaną siłą. Do łomotu burzy mięszało się przenikliwe rżenie koni i wycie wilków ochrypłe, przeciągłe...
Oddalające się strzały padły raz jeszcze, poczém wszystko ucichło. A w ciszy téj można było dosłyszéć zapamiętałe granie siedzącego pod beczką skrzypka, o którym wszyscy dawno zapomnieli. Nagle puścił się deszcz ulewny, pioruny poczęły gęsto bić, puszcza stanęła w ogniu. Skupiono się w gromadki; wystraszone kobiety chowały głowy pod fartuchy, pod brykę, przysiadłszy skulone na ziemi... Deszcz lał, jakby się chmura zerwała, grom padał za gromem, czerwone błyskawice latały w powietrzu jak węże, a w przerazliwém ich świetle widać było żegnającego się pobożnie Julka i małą cygankę, przytuloną do ramienia jego. Dwoje dzieci, dwoje sierot zgubionych wśród burzy i nocy.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .