Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/140

Ta strona została skorygowana.


lem, — i, chwyciwszy języka, ruszył daléj. Trzeba mu było teraz dostać się na Szwaby Starowiery, gdzie była główna kwatera szajki i gdzie się napewno miał z Puchalcem spotkać. Ośmielony pustką i wczesną dnia porą, wyjechał Julek na drogę świeżo deszczami spłukaną, pełną głębokich wybojów środkiem, a po bokach mającą twardo udeptane przydróżki. Nad drogą siedziały gęsto wierzby zmurszałe, obyczajem swoim wykrzywione każda w inną stronę. Pomiędzy wierzbami temi stały gdzieniegdzie poczerniałe od długich słot krzyże, a na nich, skrzypiąc, obracały się za wiatrem Piłatowe kurki blaszane. Zdala widać było rzeczną łachę, która się od Łukni odbiła, idąc kręto w łąki, — za nią pastwiska miejskie, przez które miał się chłopak przeprawić, — a jeszcze daléj majaczyły topolami swemi Szwaby Starowiery.
Kolonia to była znaczna, rozbudowana szeroko, sadami przerosła, błękitna od lnów o wiosennéj porze, od pszczół brzęcząca po sianożęciach i pożytkach miodnych. Jałowcowe dymy gęsto z niéj pod wieczór szły, a z końca w koniec oszczekiwały ją burki i pokurcie zjeżone, ujadając zawzięcie z pod każdego płota. Kolonia zażywała w okolicy złéj sławy. Mówiono o niéj jako o gnieździe przemytników, złodziei leśnych i końskich. Nocami wjeżdżały tu i wyjeżdżały podejrzane bryki, wieczorami roiło się od włóczęgów: chłopów, żydów, cyganów... Głównym wszakże punktem ruchu i życia kolonii była sadyba Chmielowa, ku lasowi nieco wysunięta z rzędu innych domostw, ale niczém się od nich nieróżniąca z wierzchu. Tutaj to stary Jur Chmiel miał formalne biuro i prowadził rozległe interesa to sam, to przez agentów swoich. Jeśli