Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/145

Ta strona została skorygowana.


ledwie, naokoło pusto, bezpiecznie. Targnął uzdę, popędził w bok, i w chwilę potém wiązał białonóżkę u wierzby za śliwkowym sadem. Uwiązawszy — przez płot skoczył i ku domostwu spojrzał. Tu wszakże uderzył go widok niezwykły o téj porze — między dniem a nocą. Małe, szczytowe okienko na poddaszu było otwarte, a w niém siedziała blada, stara kobieta, utkwiwszy w zmierzchach sadu stroskane, bezsenne oczy. Pod okienkiem stał na jednéj nodze żóraw i, podjąwszy głowę, na kobietę patrzał. Krew buchnęła do twarzy chłopcu. Zdawało mu się, że go ktoś za gardło ściska... podbiegł — chciał przemówić, zawołać, gdy wtém spojrzał na drzwi do traktyerni wiodące... Spuścił oczy, wahał się chwilę — zacisnął pięście, paznokcie sobie do krwi wbijając w dłonie — poczém podniósł głowę, obejrzał się — i niepostrzeżony skoczył powitać piękną Zuźkę Sas.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Tymczasem dzień wczorajszy i ta noc ostatnia przyniosły ważne w miasteczku odmiany. Odmian tych nie domyślał się ani Chmiel, wyprawiający towarzyszom swoim Fokusowe święto, ani tém mniéj — Julek.
A ot, jak się to stało.
Od pewnego już czasu Starowierska banda zaczęła zwracać na siebie powszechną uwagę z powodu — jak się wyrażały raporta — „licznych i zuchwałych kradzieży.” Najpierw zaczęli sarkać chłopi. A kiedy Żmudzin sarka, to albo mu się coś poprawić musi, albo on sam zginie. Rok był ciężki... żyta wymiękły, kartofle nie obrodziły. Piąty, dziesiąty ledwie mógł się opłacić agentom Chmielowym. Poczęły tedy ginąć