Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/152

Ta strona została skorygowana.


Na drodze jéj stało kilku mieszczan w kapotach.
— A kto ich wie! — mówił jeden, stukając palcem w denko tabakierki, — powiadają, że strażnika zabili...
— Ale gdzież znów strażnika! — podchwycił drugi; — to wcale nie był strażnik, tylko chłopak téj szlachcianki z przedmieścia, co téż się z nimi znał...
Idącą kobietę mróz przeszedł. Stanęła i otworzyła usta, chciała spytać o coś, sama sobie z tego co czyni sprawy nie zdając... gdy wtém jeden ze stojących odezwał się znowu:
— Co? ten chłopak? Bodajże was, a toć to dzieciuch jeszcze.
— A śliczny mi dzieciuch — rzekł drugi, — co konie kradnie! To tak, jak ten słowik, co cielęta dusi!
Rozśmieli się.
Kobieta odstąpiła od nich w przerażeniu jakiémś. W głowie jéj się mąciło. Zeszła w boczną uliczkę, a idąc, śpieszyła się czegoś, coś ją gnało. Nasunęła chustkę na twarz, przemykając się chyłkiem pod domami. Za nią utykał żóraw, wlokąc opuszczone skrzydła. Nie uszła jeszcze stu kroków, kiedy znajoma mleczarka zawołała za nią:
— Pani Rożnowska! Pani Rożnowska! podobno tam chłopaka pani złapali...
Wdowa odwróciła głowę, popatrzyła na mleczarkę osłupiałym wzrokiem, a potém głucho jęknęła i o mur się wsparła... A kiedy stała tak, gruba burmistrzowa, idąca z wielką złoconą książką do kościoła, otarła się o nią zblizka.
— Cóż to, moja jejmość, stoisz tu jak słup? — za-