Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/153

Ta strona została skorygowana.


piszczała wzgardliwie. — Nie widzisz, że osoba idzie? Jeszcze z takiém zabłoconém ptaszyskiem! Patrzcież, moi państwo!...
Państwa tam wprawdzie żadnego nie było i dlatego nie słyszeli wezwania grubéj burmistrzowéj. Ale i wdowa nie słyszała téż nic zgoła. W uszach jéj szumiało, przed oczyma latały jakby płatki śniegu czarnego...
Bezwładna była, blizka zupełnego omdlenia. Jednę tylko, niejasną, myśl miała w téj chwili — zebrać siły i do domu wrócić... Tymczasem pchający się tędy tłum ludzi uniósł ją z sobą w rynek, gdzie posługacz z magistratu, z wielkim czerwonym nosem i niebieską chustką na szyi, obębniał z powagą przynależną urzędowi swemu licytacyę in plus na stare rzemienie w magistracie. Ale zapisaném było w księgach przeznaczenia, że licytacya ta nie dojdzie dzisiaj do skutku. Zaledwie bowiem podniósł pałeczki i, szeroko otworzywszy usta, zabrał się do ogłoszenia jéj warunków, kiedy chłopaki od Grzmota, szewca z Szydłowieckiéj ulicy, dojrzały panią Magdalenę Rożnowską i jéj kulawego żórawia, a kilkanaście piskliwych głosów zaczęło wołać: matka złodzieja! matka złodzieja!...
Całe zbiegowisko, zapatrzone w otwarte usta pachołka magistratu, obróciło się teraz w stronę kobiety, która krzyknęła przeraźliwie i uciekać chciała... Zatamowano jéj drogę. Powstał zamęt, gwar nie do opisania... Chłopaki wrzeszczały jak kanięta, szarpiąc na wdowie suknię, targając jéj chustkę spłowiałą; inni piaskiem na nią i na żórawia rzucali. Ci, co bliżéj docisnąć się nie mogli, opowiadali nadbiegającym, jako to jest sławna złodziejka, którą teraz właśnie przy