Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/154

Ta strona została skorygowana.


straganie złapano. Jeszcze dalsi zaprzeczali temu, obśniając, że nie przy straganie, tylko przy puszce w kościele, i że to jest chłop przebrany. Kobieta stała w tłumie jakby skamieniała, wyciągnąwszy przed siebie wyschłe swoje ręce. Siwe jéj włosy opadły wzdłuż twarzy, oczy miała szeroko otwarte, nieruchome, szklane. Przy nogach jéj bił w skrzydła oślepiony piaskiem Ultimus, krucząc groźnie... Zgiełk wzrastał — i nie wiadomo, jakby się to wszystko skończyło, gdy wtém z bocznéj uliczki dał się słyszéć okrzyk: prowadzą ich! prowadzą!
Żywa fala głów zwróciła się za tym okrzykiem. Ale kobieta posunęła się teraz kilka kroków przed tłumem, pchnięta jakąś nadludzką siłą. Oczy jéj ciskały błyskawice; ręce trzymała przed sobą sztywno wyciągnięte, jak to czynią ślepi. Szła, jak idą wielkie tragiczne postacie — ona — wdowa licha, chwilą przedtém przez uliczną gawiedź szarpana. A taki majestat był jéj głowy siwéj, że wszystkie usta zamilkły i nikt nie śmiał dotrzymać jéj kroku. Wtedy wpośród złowrogiéj ciszy ukazał się w bocznéj uliczce silny konwój żołnierzy, a między nimi szedł z obnażoną głową, na ręce zakuty, blady, chwiejący się, napół obłąkany chłopiec. Żołnierz, idący za nim, popychał go karabinem i klątwą.
— Julek!... — krzyknęła przeraźliwie matka, a krzyk jéj był ostry, nieludzki prawie, do ryku zranionego zwierzęcia podobny. Chłopak zarumienił się lekko i schylił głowę na piersi. Wtedy z niesłychaną siłą rzuciła się wdowa do syna, ale żołnierze odepchnęli ją kolbami. Zatoczyła się kilka kroków, ogłuszona, i o mur ciężko uderzyła głową... Julek się porwał,