Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/16

Ta strona została uwierzytelniona.


Ale téż i w porze téj miasteczko wygląda prześlicznie w lazurowych ramach wód i wiosennego błękitu, z wynurzającą się z pod srebrnych fal wczesną zielenią łąk żyznych i szeregami wierzb, które tu sadybę ulubioną mają od wielu pokoleń.
Jedne z nich na grobli, krzesane siekierą częściéj, z grubych ogołoconych pniów starych pędzą w górę latorózgi śmigłe, rozbujane wysoko. Inne, po łężnych kotlinach rozrosłe, gałęźmi umiatają ziemię, sięgając czołem wilgotnych oparów, dyszących tu w mgliste poranki. Inne jeszcze, spruchniałe, z resztą sterczącéj korony, straszą pustém wnętrzem przechodnia, a wieczorami odzywają się głosem puszczyków i roją cichemi lotami nietoperzy.
Jeszcze inne, podszyte puszkiem srebrzystym, mienią się w delikatne wzory na tle żółtawego złotaku, który całemi kępami rzuca się po obu brzegach grobli i zapuszcza na łąki i mszary.
Ile tu ptastwa świegoce w poranek, ile fujarek odzywa się pod wieczór, trudnoby zliczyć! Osobną muzykę swoją mają oczerety takie, a pojedyńcze głosy, szmery, nawoływania dalekie, zestraja w pieśń uroków pełną potężny szum wezbranéj rzeki.
W orkiestrze téj słowik jest pierwszym solistą, szmer liści na młodocianych gałązkach — harfą o rozlotnych tonach, fujarki pastusze — fletem, powiewy wiatru, niosące pieśń oddaloną flisów — wiolonczelą namiętną, a noc — słuchaczem. Mylę się, zdarza się nieraz, że koń na przednich nogach spętany, skubiący trawę zroszoną na burcie w grobli, nagle podniesie głowę, i zarży, i stanie, jakby słuchał tych dźwięków ponocnych.
Zdarza się nieraz, że czajka, spłoszona niemi, zry-