Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/163

Ta strona została skorygowana.


...Trzy lata, caluśkie trzy lata... Właśnie jakby jéj kto u Pana Boga wytrącił...
Oj głupia, głupia, na co jéj to było? Nie mogła to, jak inne dziewczęta, uczciwie służyć? Nie mogła to między ludźmi bez zaprószenia oczów, śmiało w poczciwości chodzić? A ot w jaką się oblokła koszulę! Psi by na nią wyli, żeby ją poczuli. Ojcowie by się w grobie przewrócili, żeby wiedzieli, po jakich to ona sądach, po jakich urzędach oczami świeciła...
Oj najadła się wstydu, najadła, jako piołunu, ziela gorzkiego...
Oj głupia, głupia, głupia...
Wzdycha jakiémś ciężkiém, do jęku podobném westchnieniem i, nie zwalniając kroku, kiwa głową, jakby w wielkiém politowaniu nad sobą i głupotą swoją. Naraz lekka czerwoność występuje na jéj twarz szczupłą i śniadą.
...Pietrek... Gdzie się téż teraz Pietrek obraca? Albo się z rudą Baśką ożenił, albo ze wszystkiém na pana wyszedł. Czy tak, czy owak, już on dla niéj stracony. Jako ten wiatr, co przewieje, — jako ta woda, co przepłynie, taki on dla niéj stracony.
Chłopak był jak malowanie. W paletocie chodził, papierosy palił, ręce w kieszeniach trzymał, kamasze szpicami wystawiał, jak urzędnik jaki. Albo mu to i urząd dziwota? Pisarzem w gminie — powiada — był, we dworze do stołu siadał, tylko że go potém przez złość wygonili. Kiedy do niéj zaczął chodzić, dziewczęta z całéj kamienicy zazdrościły jéj takiego kawalera. A on się tylko uśmiechał i wąsiki kręcił. — Będę się z tobą żenił, Hanuś — mówi, — boś mi się okrutnie spodobała — mówi. A ona jemu: Gdzieby się zaś