Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/164

Ta strona została skorygowana.


pan Piotr ze mną żenił, kiedy ja biedna dziewczyna. — A on znowu: Co tam, biedna, nie biedna, to jeszcze nie wiadomo. Jak w głowie rozum jest, to i pieniądze się znajdą. W rękach chleb, u ludzi pieniądze...
Oj polubiła go, polubiła! Na śmierć polubiła. A żeby on nie klucza od pokojów chciał, ale życia od niéj chciał, toby mu je dała. Tak go polubiła!
Jakoś się to już przez kwartał ciągnęło, aż tu raz państwo do teatru jadą, a mój Pietrek do niéj. — Będę się z tobą żenił, Hanuś, jeno mi w tém dopomóż. Jak mi nie dopomożesz, tak idę do Baśki. — A Baśka służyła w trzeciéj kamienicy. Co się nie naprosiła, co się nie naperswadowała, a on nie i nie. — Albo ty mi dopomóż, albo mi Baśka dopomoże. Dasz klucz — będę się żenił, nie dasz klucza — do Baśki idę.
Aż téż i dała. Jak dała, tak mój Pietrek do pokojów, a ona ze schodów i w bramę. Nie mogła w kuchni usiedziéć. Stanęła w bramie i patrzy, czy państwo nie wracają, a tu ją febra tak trzęsie, że ząb zęba nie dostaje. Wyszła stróżka, zagadała, a ta ani rusz, tylko językiem zeschłym w gębie obraca, a w piersiach jéj serce młotem wali, a zimno i gorąco po niéj chodzi, a wszystko w niéj dygocze, aż się o bramę oprzéć musiała, żeby ją z nóg nie zwaliło.
Niedługo czekający, patrzy, aż tu Pietrek idzie. Futro na nim pańskie, głowa do góry, kapelusz na bakier, cygaro w zębach, ręce w kieszeniach — pan a pan. Tylko mu z pod futra coś sterczy u lewego boku. Zmrok już był, ale zaraz poznała, że szkatułkę niesie. Klasnęła w ręce — Pietrek... Pietrek... — mówi. A on nic. Idzie sobie z paradą, jakby jéj nie widział. Uczepiła mu się rękawa, otrząsnął się tylko. Aż tu brzdęk,