Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/169

Ta strona została skorygowana.


pnął. — Wybuchnęła szalonym śmiechem. — Czysta komedya! — zawołała po chwili. — Z taką ci nas paradą prowadzili, że to ha! Myślałam, że nam luminacyę zrobią. A tu ci jeszcze strażniki wiechci z butów nie powyjmowali, a my już im drapli. A coby tam człowiek robił? To i ty w pobyt? — zagadnęła Mańka.
— A w pobyt...
— A dużo ci wsadzili?
— Oj wsadzili mi, wsadzili... Aże trzy lata.
— Fiuuu!... — gwizdnęła Mańka, — to ty tam burmistrzową zostaniesz! — i zaczęła się śmiać niepohamowanie, po bokach się rękami biła, głowę w tył przechylała, pokazując gardło białe, wzdęte i drgające. Śmiech ten był zaraźliwym, bo stojące nieopodal dzieciaki, same nie wiedząc czego, wybuchnęły także cienkim, piskliwym śmiechem. Mańka zwróciła się ku nim.
— Ciszéj, pędraki! — fuknęła, tupnąwszy nogą. Dzieciaki zaczęły przedrzeźniać ją, skacząc i wykrzywiając się jak małpięta.
— Cóż ty? — zagadnęła Hanka, — u Pazderskich znów siedzisz?
— Ja, u Pazderskich? Przeżegnajże się lewą ręką, dziewucho! A cóż jabym u Pazderskich robiła? Stara użera się od rana do nocy, czeladzie porozpędzali, same chłopaki, sama koprowina, co jeszcze w zębach koszule nosi. Co jabym tam robiła? A choćbym téż do nich chciała, jak nie chcę, to mnie przecie bez meldunku trzymać nie będą.
— No, a gdzież się obracasz?
— A toć widzisz. W szynku się obracam, kiedy grają! — parsknęła znów Mańka szalonym śmiechem.