Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/176

Ta strona została skorygowana.


ideału. Czuł Maczuski, że mu to życie skraca, i co kwartał krew sobie puszczać dawał, żeby go żółć w kancelaryi nie zalała — jak mówił.
Z kwadrans już stała Blacharzówna u progu, kiedy pan burmistrz gazetę złożył, ręce zatarł, brwi podniósł, na papiery nagromadzone przed sobą spójrzał, ziewnął i co rychléj się od nich odwrócił, oczyma po zebranéj u drzwi gromadce powiódł, a zatrzymawszy spojrzenie na Hance, zapytał nagle:
— A co to?
— W pobyt — pośpieszył „dołożyć” od siebie Maczuski.
— Taaak?... — zapytał przeciągle pan burmistrz. — A, to co innego.
Właściwie mówiąc, nie było to nic innego, bo co tygodnia w pobyt przypędzano partye; ale zdawało mu się, że przez powiedzenie takie urozmaici sobie nieco wypadki codziennego życia.
— Rozpiska jest?
Dziewczyna wystąpiła z gromadki, podeszła do stołu, pocałowała burmistrzowską rękę i podała kartkę w milczeniu.
— Hm! — mruknął, czytając i patrząc kolejno to w papier, to na dziewczynę, — hm!... Trzy lata... hm!... Łatwo powiedziéć... hm... Co oni sobie w téj Warszawie myślą?...
Zamyślił się i zaczął skubać faworyty, okalające jego podbródek.
— Ano, to i dobrze! — dokończył po chwili.
Pan burmistrz optymistą był z natury i wszystko lubił kończyć dobrze.
Tym razem wszakże słowa zdawały się iść swoją