Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/177

Ta strona została skorygowana.


drogą, a myśli swoją. Zadumał się, miał kłopoty. W mieście nagromadziło się tyle pobytowych, że była to jakby kolonia złodziejska, nad którą władza wymykała mu się z ręki. Co wieczór awantury, co nocy kradzieże, pod miastem rabunki. Straż ziemska, z Fedorenką na czele, rady sobie dać nie może. Całe szczęście, że tałałajstwo to napowrót do Warszawy ucieka...
Popatrzył na Hankę z pod oka, jakby miarkując, czy i ona drapnie, — pobębnił palcami po stole, parę razy jeszcze chrząknął, wreszcie wygiąwszy się w kierunku drugiego pokoju, zawołał:
— Panie Aleksandrze! Panie Kosicki!
We drzwiach przeciwległych wchodowi stanął nizki, szczupły blondynek, z grubym, zadartym nosem i wzgardliwie wydętemi wargami. W krótko przystrzyżonéj, szczeciniastéj jego czuprynie błękitniał jeszcze świeżo z ust wydmuchany kłąb dymu, w spuszczonéj ręce trzymał tlące się cygaro.
Był to pan Aleksander Stanisławowicz Kosickij, sekretarz biura.
— A?... — odezwał się głosem skrzypiącym, jak nienasmarowane osie.
— Mój panie Aleksandrze — przemówił żywo burmistrz, — przejrzyj pan tam papiery Blacharzówny, muszą gdzieś leżéc u pana. Rozpiskę trzeba jéj dać...
— W pobyt? A?... — zaskrzypiał znów pan sekretarz.
— W pobyt, wielmożny panie — odpowiedziała Hanka, podchodząc, aby go pocałować w rękę. Ale pan sekretarz ręce schował za siebie. Z wielkim bo-