Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/181

Ta strona została skorygowana.


— Ociec — prawił daléj chłopak, — matka powiadają, co go będą chować.
— A bodajżeś zmarniał! — zaklął stłumionym szeptem tkliwy rodzic Wicka i wyciągnął poza siebie kurczowo rozczapierzoną, jak jastrzębie szpony, prawicę, w celu pochwycenia czupryny Wickowéj. Szczęśliwa jednak gwiazda małego hultaja ocaliła go i tym razem.
Chłopak był znowu tuż za nim.
— Je srokaty, i żeby ociec prędko szedł!
Tu Maczuski stracił resztę panowania nad sobą, a umocniwszy się na lewéj nodze, wierzgnął z całéj siły w tył prawą, w chwili właśnie, kiedy pan burmistrz zawezwał go przed siebie.
Nieszczęsny Wicek zanadto się widać podówczas zbliżył do ojcowskiéj osoby, gdyż jednocześnie prawie z owém wezwaniem dało się słyszéć nieokreślone jakieś miauknięcie, potém uderzyło coś we drzwi jakby polanem, wreszcie dał się słyszéć szybki tupot bosych nóg poturbowanego posła, którego tym razem nie ochroniło żadne międzynarodowe prawo. Maczuski odetchnął głęboko, szurgnął parę razy butami, dla zatarcia ostatnich ech owego tupotu, i wystąpił przed zwierzchnika siny jeszcze z uprzedniéj alteracyi, ale już „po szwam,” w pełni swojéj urzędowo-słupiastéj powagi.
— Gdzież się Maczuski, u licha, kryje? Co tam za hałasy?... Dowołać się nikogo nie można!... — fuknął gromko pan burmistrz, nietyle przeciw staremu Maczuskiemu gniewny, ile dla okazania energii swéj żydkom, trzymającym go w pełnéj słodkich pokus opresyi.