Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/184

Ta strona została skorygowana.


Radź prezydent, co robić, mój prezydentuniu! Ja chętnie coś Fedorence od siebie dam, niech szuka, niech się dowiaduje...
— Ale owszem, owszem, pani dobrodziejko!
— I Staniewicz niech szuka...
— Będzie szukał. Wszyscy będą szukali! — mówił burmistrz, uszczęśliwiony, że dama już wstaje z fotelu. — To mój obowiązek, pani dobrodziejko! — dodał, odprowadzając ją do drzwi.
— I żeby się wszędzie dowiadywali o te prześcieradła.
— Ale owszem! Naturalnie! Zapewniani panią dobrodziejkę.
— I żonę niech prezydent przestrzeże!
— Naturalnie! naturalnie!
Rozstali się w ukłonach.
Całéj téj rozmowy słuchała Hanka z głuchym jakimś niepokojem. Jak stanęła, tak stała, spuściwszy głowę i patrząc w sęczek, który się ciemniéj rysował na żółtéj kancelaryjnéj podłodze. Chwilami zdawało jéj się, że to ona ukradła spódnicę z wszywkami i pończochy w paski. Oczy jéj wtedy zaczynały biegać jak jaskółki, obracając się to na mówiącą panią, to na drzwi, któremi wejść mogli Fedorenko i Staniewicz.
Jak wejdą — niechybnie ją złapią.
Po chwili wszakże wracała jéj rozwaga. Ona przecież nie ukradła spódnicy, ani pończoch, ani dwóch nowych prześcieradeł od tuzina.
Nie! nie! Ona wie dobrze, że tego nie ukradła. Mogą Fedorenko i Staniewicz szukać koło niéj wszędzie, jeśli chcą. Uspakajała się, oczy jéj nierucho-