Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/194

Ta strona została skorygowana.


Zapaliła się na twarzy i pociągnęła za fartuch Janową. Chciała wyjść ztąd coprędzéj.
Ale babie po oném piwie z anyżówką na gadanie się zebrało, więc się łokciem na szynkwasie podparła, na ręce brodę położyła i opowiadała Szapsiowéj, jak to przeszłego roku chłopaka jéj do wojska brali. Ani sposób było wyciągnąć ją w téj chwili. Calik téż ode drzwi zastępował i, wsparłszy się pod boki, śmiał się i głową kręcił.
— No, no! kiedy my się téż tak tutaj zeszli! No, no! I dawno tu Hanusia?
Dziewczyna ścisnęła zęby i milczała.
— A cóż to Hanusia zaniemówiła, czy co? Zawsze taka harda?
Zbliżył się do dziewczyny, która znów pociągnęła Janową. Baba odwróciła głowę, a biorąc zaczepkę Calika za zwykłą galanteryę, rzekła:
— Daj sobie pan spokój! Bo ta panna nietutejsza i z tutejszemy kawaliramy nieznająca...
— Cha! cha! cha! — zaśmiał się Calik hucznie. — Moja pani! Wiem ja lepiéj niż pani, z czém ta panna znająca, albo nieznająca.
— A ja panu powiadam, co sobie pan daj spokój, bo ja tę pannę do służby prowadzę.
Calik obrócił się do dziewczyny.
— Co Hanusia, zgłupiała? Do służby Hanusia idzie?
— Gdzież pójdę? — przemówiła Hanka z jakąś niecierpliwą żałością w głosie.
Calik pociągnął ją na stronę.
— Hanusia lepiéj z nami trzymaj — przemówił zcicha. — Kupa nas tu jest, ze strażnikiem się znamy