Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/198

Ta strona została skorygowana.


Skuliła się, głowę przechyliła na drugie ramię, zasnęła.
Śni jéj się, że dokoła niéj wielka woda huczy i coraz wyżéj, wyżéj się podnosi, a ona w pośrodku stoi, głowę pod wodą trzyma i już, już ma się zalać... A co się wychyli, co głowę podniesie nad wodę, to kamień z góry spada i w głowę ją trafia. A ona krwią się oblewa i znów na głębię idzie.
Woda huczy a huczy, zimno przenika jéj ciało... Już, już dochodzi do brzegu, już trzcinę chwyta, już głowę wystawia, oddycha, aż tu patrzy — na brzegu ludzi tłum, a każdy ma wielki kamień w ręku i czeka tylko, żeby w nią uderzyć... Składa ręce, prosi... Dobrzy ludzie, dobrzy, wielmożni panowie! Nie rzucajcie jeszcze kamieni... Niech się aby na brzeg dostanę, niech z onéj wody, z onéj głębiny na powietrze wyjdę... Trzcina piszczy u brzegu, woda huczy za nią, ona się kępek chwyta, wodę rozgarnia, do brzegu dochodzi... Aż tu buch! Zakotłowało się wszystko, kamień największy w głowę ją trafił, padła w tył, głębina ją porwała... A ludzie śmieją się i klaszczą, a woda huczy nad nią, a trzcina piszczy u brzegu...
Zbudziła się. Serce jéj biło mocno, w gardle zaschło, jakby od wewnętrznego krzyku. Przetarła oczy i siadła.
Był ranek. Niebo zachodziło różaną zorzą od wschodu. Gęsi dzikie, które przed odlotem żerowały na poblizkim ścierniu, podniosły się teraz z głośném gęganiem i, wyciągnąwszy długim, długim sznurem, chwiały się w powietrzu cichém, jak szarfa pozłocona z jednéj strony wschodzącém słońcem, a z drugiéj sina od sinych tumanów łężnych.