Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/199

Ta strona została skorygowana.


Zerwała się dziewczyna i patrzyła na nie.
Szarfa niosła się coraz daléj, coraz wyżéj, a ku ziemi szedł od niéj głos, jakby brzęk gędźby dalekiéj. Czasem tylko ostrzejszy krzyk gąsiora przecinał ten brzęk nagle i rozbrzmiewał szeroko w porannéj ciszy.
Źrenice Hanki rozszerzyły się, otwarła usta, głębokie odetchnienia podniosły jéj pierś szczupłą, drobną, włosy nocną rosą zwilżone opadły jéj na twarz i szyję, a z gardła wyszedł dźwięk krótki, urwany, jakby mimowolny okrzyk niepowstrzymanego instynktu wolności, swobody...
Ale to była jedna tylko chwila.
Z ostatnim brzękiem ginącéj w dali gędźby lecącego ptactwa dziewczyna spojrzała po sobie, po stronach i zawstydziła się czegoś. Głowa jéj zwisła, ręce zasunęła głęboko w rękawy grubego kaftana, skurczyła ramiona, zacisnęła usta i wolnym krokiem wróciła do kupki potrawu, pod którą chustka jéj leżała. Musi iść, musi się śpieszyć, do rzeźniczki musi iść, służby musi szukać...
Wyszła na drogę do miasta. Ruch się już po domostwach budził, w podwórkach kozy beczały, gdzieniegdzie wznosiły się z kominów cienkie pasma dymu. Szła, nie podnosząc oczu od ziemi, a w myśli jéj majaczyły sny nocne i gęsi lecące, a tak jéj coś w głowie huczało, jakby wielka, wielka woda...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .


Nie wiem, jak tam sobie radzą wogóle babskie języki, kiedy je sekret jaki przypiecze, ale to wiem, że język owéj straganiarki, co to pierwsza raiła Hance służbę u rzeźniczki, należał do takich języków, na któ-