Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/201

Ta strona została skorygowana.


pięknie w tym względzie uposażonych języków. Na uwagę zasługuje także nadzwyczajna szybkość tak dykcyi, jak i saméj akcyi w téj sprawie, a to tak dalece, że nie minęły jeszcze trzy zdrowaśki, kiedy już Hanka została nietylko zwymyślana kategorycznie, ale poturbowana i wypchnięta za drzwi, sama zaś pani Kolasińska, wróciwszy do swojéj kawy, bełkotała resztę klątw zapchanemi bułką ustami, sapiąc silnie i wygrażając od czasu do czasu pięścią w stronę ulicy.
Tak oddalająca się burza ciska za sobą ostatnie błyskawice, warcząc z chmur poszarpanych — niewyraźnym grzmotem.
Wypchnięta za drzwi dziewczyna chwilę stała na ulicy ogłuszona, przelękła, machinalnym ruchem poprawiając na sobie potarmoszoną odzież; kolana pod nią dygotały, świst i szum napełniał jéj uszy. Ludzie przechodzili i potrącali ją; nie czuła prawie tego, patrząc przed siebie osłupiałym wzrokiem. Zaczynała pojmować, że służby w miasteczku nie znajdzie. I zdawało jéj się, że w świście tym, którego miała pełne uszy, słyszy wyraźnie głos Bamblowéj, a potém głos Józka, a potém sto innych głosów, które jéj jak wiatr huczały w głowie. Jakiś ruch instynktowny pchnął ją wreszcie z miejsca, na którém stała. I znowu szła, nie wiedząc gdzie i po co, a czując tylko, jak ją ciężka, twarda jakaś ręka pcha daléj a daléj, przygniatając coraz głębiéj ku ziemi. Pod uczuciem tego nacisku zanurzyła głowę w ramiona, wlokąc za sobą nogi coraz wolniéj, aż opadłszy z sił zupełnie, osunęła się pod płotem, grodzącym jakiś szmat pólka, zasadzonego kartoflami. Tuż na górce wiatrak klekotał jednostajnie, a poruszający się na żółtym piasku cień jego