Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/204

Ta strona została skorygowana.


miona i wyciągając przed siebie z dziką jakąś energią swoje chude ręce. — Jak będzie trzeba, to i kamienia ugryzę, wiatrak przeskoczę...
— Ne! ne! ne!... — wolał Fabich, trzęsąc głową i ręką. — Gott bewahre! Na co wiatrak? Nie trzeba wiatrak!... I kamieni nie trzeba. Aber, jak ja motyk dam swoje i plachta swoje, to ja muszę swego pewny być, i ja muszę wiedziéć, gdzie robotnik swój dom ma.
W Hance serce zamarło.
— Ja ta nie mam nijakiego domu — odrzekła.
Spuściła chmurne oczy i milczała przez chwilę. Nagle jéj się łzy po twarzy rzuciły, przypadła do kolan młynarza.
— Mój panie! mój złoty, mój miłosierny panie! Weźcie mnie do kopania! Mój panie! Będę wam jak pies do późnéj nocy harowała, jednéj peruszki w ziemi nie ostawię, za dwoje robić będę, jeno mnie poratujcie, jeno mnie weźcie! Mój złoty panie!
Młynarz cofał się zdumiony. Dziewczyna wybuchnęła płaczem.
— Ani ja roboty, ani ja zarobku, ani nijakiego opatrzenia, ani przyjacielstwa nie mam!... Niech tam, niech co chce będzie! Wszystko lepiéj odrazu powiem, niech się co chce stanie! Mnie tu w pobyt kazali...
— W pobyt? — zawołał, zatrzymując się młynarz. — Ach, so! Das ist was anders! Ach, so!...
Zacmokał grubemi ustami i kiwał głową. Po chwili odsapnął, pociągnął parę razy z przygasłéj fajeczki, wypuścił cienkie pasemko dymu, pod nos wysunąwszy wargi, i rzekł:
— Na, na!... Das ist was anders! To jest glupie sprawa z ten pobyt... To jest bardzo glupie sprawa...