Strona:PL Maria Konopnicka - Cztery nowele.djvu/207

Ta strona została skorygowana.


wczynę nieraz zimno od rana wytrzęsło, że to i rozgrzać się nie było czego. Przewidywać się nawet dawał czas, w którym zgoła w polu nocować nie będzie można. Hanka usiłowała nie myśléć o tém, a ile razy Fabich nadchodził, machała motyką tak, że aż grudki wilgotnéj ziemi rozpryskiwały się na wszystkie strony. Skończyło się nareszcie kopanie Fabichowych kartofli, ale dobra jakaś gwiazda i daléj przyświecała dziewczynie, sam Fabich bowiem nastręczył ją Gawrońskiemu, szynkarzowi, który tuż za wiatrakami pólko swoje miał i kopaczy szukał. Nie widział wszakże zacny młynarz żadnego powodu, aby Gawrońskiemu życzyć tak taniéj robotnicy, jaką sam znalazł; powiedział tedy szynkarzowi, że płacił Hance 20 groszy dziennie. Szynkarz na tę cenę przystał chętnie, ale się Hanka teraz uparła, że mniéj nie weźmie jak 24. Trzewiki z nóg jéj spadały, odzienie zgniło prawie od ciągłéj wilgoci ziemnéj, musiała więc coś zebrać, oszczędzić i oporządzić się trochę. Gawroński się targował, ale zważywszy, że naokoło płacono kopaczom po 40 groszy, zgodził się na wymaganie dziewczyny i na zgodę przepił anyżówką do Fabicha. Poczém czerwony paszport Hanki przeszedł w ręce szynkarza, a dziewczyna, pełna otuchy, dostała zamiast płachty — worek.
Stawała znów tedy w pólku za wiatrakami coraz to mglistszym rankiem, schodziła coraz to ciemniejszym wieczorem, bo dnie skróciły się znacznie. Jesień zapowiadała się wczesna, słotna; stada wron i kawek ciągnęły od poblizkiego boru, deszcze przechodziły drobne, zimne, uprzykrzone... Owo „zimno,” o którém Hanka mawiała, że ją „ograża,” zmieniło się teraz